wtorek, 3 grudnia 2019

Podsumowanie listopada

Kolejny miesiąc za nami, a ja najwyraźniej zapadłam już w sen zimowy...
Choć przyznać muszę, iż w porównaniu do dwóch poprzednich, ten miesiąc wypada całkiem nieźle, aczkolwiek z recenzjami się wyłożyłam, i to po całości. Cóż, czas przestać narzekać i zacząć nadrabiać zaległości! 
A także przejść do konkretów:
W listopadzie przeczytałam 4 książki (wprawdzie jedną kończyłam, a dwie inne zaczęłam, ale nie rozdrabniajmy się), z kolei stron 1426.
Jeśli zaś chodzi o poszczególne pozycje:

  • Chciwość
Na temat tej książki nie będę się zbytnio rozpisywać - recenzja już od jakiegoś czasu znajduje się tutaj.


  • Hamlet
Ściśle rzecz ujmując, książkę tę skończyłam na początku listopada. Jak możecie się spodziewać, powinnam to zrobić dużo wcześniej, jednak tak to jest, gdy nauczyciel każe ci coś omówić na własną rękę - cóż, lepiej późno niż wcale. Jeśli zaś chodzi o samą książkę - podobała mi się zdecydowanie bardziej niż Makbet, którego wprost nie znoszę. Nigdy nie byłam i najprawdopodobniej nie będę fanką szekspirowskiego pióra - coś jest albo w jego warsztacie, albo w samej formie dramatu, co nieustannie mi wadzi. Jednakże do historii samej w sobie ciężko mi się przyczepić - naprawdę przypadła mi do gustu.


  • The Rithmatist
Czyli oryginalna wersja Rytmatysty. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ponieważ recenzja jest w trakcie pisania - powiem tylko, że jakkolwiek Sanderson świetnie odnajduje się w pisaniu olbrzymich tomów, których rozmiar potrafi utrudnić czytanie (na szczęście zawartość rekompensuje to z nawiązką), tak krótsze powieści raczej nie należą do jego najlepszych stron. Trudno mówić, że jest to książka bardzo zła - obiektywnie rzecz biorąc, jest niezła. Lecz, kto czytał, ten wie, iż stać tego autora na dużo więcej.


  • Krew Elfów
Nareszcie czytam Wiedźmina, choć wciąż nie dociera do mnie, dlaczego przekonanie się do tej serii zabrało mi aż tak wiele czasu. Przyznam się, że przepadłam całkowicie - choć od jej wydania minęło już trochę czasu, nadal stanowi pewną oryginalność wśród swego gatunku. Choć słyszałam, że u innych różnie bywało, ja nieustannie czułam, hm.. "słowiański" klimat? Mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Nad recenzją również jeszcze pracuję, lecz pojawi się w najbliższym czasie!


Jeśli zaś chodzi o filmy i seriale - stwierdziłam, iż rezygnuję z tej części. W ostatnim czasie i tak nie udało mi się napisać żadnej recenzji, a próbowałam nieraz. Jeśli znajdzie się coś wartego uwagi, wspomnę o tym w podsumowaniu miesiąca, może jakąś opinię uda mi się tu opublikować, jednak nie chcę traktować tego jako coś zobowiązującego - cóż, zakładając bloga, nieco inaczej (z pewnością pokaźniej) prezentował się wolny czas, jaki miałam do dyspozycji. Nie jestem w stanie pogodzić ze sobą wszystkiego, więc pewne rzeczy trzeba sobie odpuścić.
Z dość optymistycznym nastrojem zaczynam kolejny miesiąc - grudzień bowiem oznacza święta, a co za tym idzie - znacznie więcej czasu, który można poświęcić na czytanie książek. Lecz na to wszystko musimy jeszcze poczekać...

Jakie są wasze plany czytelnicze na grudzień? 

piątek, 15 listopada 2019

Najbardziej przerażające jest to, co realne

Marc Elsberg "Chciwość"
By zdobyć tę książkę wraz z autografem na Targach w Krakowie ryzykowałam spóźnieniem się na pociąg; po, moim zdaniem, świetnym thrillerze Blackout (po recenzję zapraszam tutaj) nie mogłam się doczekać Chciwości, szczególnie, że dotyczyć miała aktualnego problemu; w dodatku sama uważam się za zwolenniczkę kapitalizmu oraz wolności gospodarczej.
Elsberg nie ucieka bowiem od trudnych tematów - wręcz przeciwnie, robi z nich użytek. Było odcięcie od prądu i wody, była inżyniera genetyczna oraz niebezpieczeństwo związane z siecią i udostępnianiem danych - tym razem autor bierze pod lupę kapitalizm, który doprowadził do znacznego powiększenia się polaryzacji i zaniku tzw. "klasy średniej"; społeczeństwo podzieliło się na niewyobrażalnie bogatych, chciwych i pragnących coraz to większego zysku oraz tych przepracowujących się i otrzymujących z tego nikłe wynagrodzenie, które ledwie starcza na realizację podstawowych potrzeb życiowych. Przenosimy się do Berlina, gdzie wybuchają zamieszki, mają miejsce zarówno szczyty z udziałem najbardziej wpływowych osób na świecie, a także demonstracje ludzi domagających się zmian oraz lepszego życia. Gdy pojawia się człowiek z odpowiednim stanowiskiem i inicjatywą, za którego sprawą świat mógłby się zmienić, ginie w podejrzanie wyglądającym wypadku samochodowym. Wszystko obyłoby się bez większego echa, gdyby nie przypadkowy świadek.
Po raz kolejny wydarzenia obserwujemy z kilku perspektyw - parę ludzi, których wcześniej nic nie łączyło, okazuje się powiązanych w intrygę, która dla wielu osobom rujnuje życie. Dzięki temu zyskujemy szerszy pogląd na ukazaną sytuację - widzimy życie biednych i bajecznie bogatych, funkcjonariuszy państwowych, aktywistów i ekonomistów. Autor skupia się nie tyle na przeżyciach bohaterów i relacjach między nimi, co ich poczynaniach oraz decyzjach. Książkę wzbogacają również elementy schematów gospodarczych oraz zagadnień matematycznych - osobiście podoba mi się ten zabieg, lecz wiadomym jest, iż nie każdemu przypadnie on do gustu. Akcja toczy się w odpowiednim tempie - nie przeciąga się ani też nie pędzi z zawrotną i prędkością. Wysoki poziom napięcia pojawia się już na pierwszych stronicach, by z kolejnymi rozdziałami cały czas rosnąć, nie sprawia to jednak, że czytelnik czuje się zagubiony, a wręcz przeciwnie - z łatwością angażuje się w lekturę.
Zabrakło jednak tego, co uczyniło Blackout tak dobrą powieścią - nieustannych rozważań i niepewności dotyczących zakończenia - z łatwością możemy je przewidzieć - może to kwestia tego, na ile znamy autora oraz jego inne powieści. Książka przy tym znacząco traci - a szkoda, ponieważ poza tym napięcie jest bardzo dobrze budowane.
Nie należy oczekiwać po tej książce szczegółowo wykreowanych postaci, z zawiłą historią, skomplikowaną psychiką, rozbudowanym charakterem. Elsberg przy każdej swojej postaci buduje fundamenty do jej rozwinięcia, i na tych fundamentach poprzestaje. Nie twierdzę, iż są zupełnie nijacy - każda z postaci ma coś w sobie, daje się lubić, czujemy do nich przywiązanie - niewielkie, lecz czujemy. Autor operuje również kontrastem, konfrontując ze sobą osoby z różnych sfer, co dodatkowo wzbogaca świat przedstawiony. 
Pozwolę sobie jednak ponarzekać na warsztat pisarza (który, o dziwo, w przypadku Blackout mi nie przeszkadzał) - czego można się spodziewać, nie sili się na środki artystyczne czy kwiecistość. Styl pozostawałby w harmonii z treścią - zwięzły, konkretny, gdyby nie stosowane raz po raz kolokwializmy, o ile wyrażenia te nie są już zaliczane do wulgaryzmów. Użyte w niewłaściwy sposób nie nadają realizmu, a kaleczą powieść, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na odbiór.
Ważne są jednak nie tylko nasze odczucia w trakcie czytania książki, lecz także wtedy, gdy nie mamy jej przy sobie oraz po jej skończeniu. Elsberg przede wszystkim uświadamia nam, czym grozi kierowanie się w życiu jedynie tytułową chciwością, wzajemna wrogość oraz niechęć. Nie propaguje socjalistycznych czy też komunistycznych idei, a wręcz przeciwnie - popiera wolność gospodarczą oraz sugeruje zdroworozsądkowy stosunek do pieniędzy i zachęca do współpracy z innymi, ponieważ może to przynieść korzyść obydwu stronom. Temat został potraktowany w odpowiedni sposób - przystępnie, lecz nie po macoszemu.
Najnowsza powieść austriackiego pisarza to książka zdecydowanie zwięzła i konkretna, stawiająca na treść, nie styl, uczucia i emocje. Porusza ważny problem i realizuje go w należyty sposób. Nie do końca spełnione zostały wymogi związane z gatunkiem, w związku z czym nie jestem w stanie przyznać wyższej oceny niż 6/10, niemniej uważam, że warto zapoznać się z tą lekturą ze względu na jej przesłanie. 

wtorek, 12 listopada 2019

Mawiają, że wiatr ma duszę i jęczy w ciemnych zaułkach miasta

Trudi Canavan "Gildia Magów"
Chociaż z każdą pozycją z tego gatunku mam powoli dosyć, w me ręce po raz kolejny wpadła fantastyka młodzieżowa. Coraz trudniej o książkę oryginalną, wnoszącą coś nowego, wyłamującą się z utartych schematów. Z czasem początkowo interesujące rozwiązania stają się irytujące dla czytelnika. Nieustanna przewidywalność, szablonowość. Niektóre powieść zdają się być wręcz kalką innych - ze zmienionymi jedynie nazwami. Z drugiej strony, autorzy stawiają na powielony scenariusz, który w każdym wydaniu i tak liczy sobie wielu zwolenników. Nie bez powodu książki z tej kategorii są tak często kupowane, czytane, i, co za tym idzie - pisane oraz wydawane.
Autorka Gildii Magów przedstawia nam miasto Imardin, złożone z kręgów oddzielonych murem - najbliżej centrum zamieszkiwała arystokracja, natomiast w zewnętrznych slumsach najbiedniejsi, lecz również krętacze i drobni przestępcy. Powstanie owej dzielnicy spowodowały Czystki przeprowadzane przez Gildię. Magowie co roku wyrzucali z miasta żebraków, złodziei oraz wszystkich tych, którzy stanowili potencjalne zagrożenie dla reszty. Aby wstąpić do tej jednostki, należało urodzić się z talentem magicznym. Ludzi nim obdarzonych szukano jedynie wśród zamożnych, lecz pewnego dnia zdolności te objawiają się u młodej mieszkanki slumsów.
Poza wspomnianym podziałem nie dowiadujemy się wiele o miejscu akcji, poznajemy jedynie strzępki jego historii. Nieco więcej możemy za to wyczytać o samej Gildii, co stanowi dość interesujący element książki i zarazem wplata w nią nutkę tajemnicy. Magowie przedstawieni zostali w dosyć intrygujący sposób, jednak ciężko tu mówić o oryginalności - nie zostali potraktowani po macoszemu, nie są jednak elementem świata przedstawionego, z jakim byśmy się do tej pory nie spotkali. Niemniej wykreowanie ich oraz Gildii zaliczam na plus, ze względu na to, iż są w stanie chociaż minimalnie przyciągnąć ciekawość czytelnika.
Głównym mankamentem fabuły, zwłaszcza przez pierwszą połowę powieści, jest jej prostota. Nieustannie prowadzony jest ten sam wątek, i choć autorka stara się wprowadzić kilka pomniejszych, zabieg ten niekoniecznie się udaje. Wszystkie określić należy bowiem mianem nużących i niezajmujących. Nie oszukujmy się - odbiorca doskonale wie, jak sprawa się zakończy, a ciągnięcie przez 250 stron kwestii "jak do tego doszło" może skutecznie zniechęcić do dalszej lektury. Od połowy powieść staje się nieco bardziej złożona, a historia nie aż tak oczywista (co nie zmienia faktu, iż jej bieg nadal można przewidzieć), co sprawia, że nareszcie zaczynamy wczuwać się w powieść i przejmować losem bohaterów. Niestety, wielu ludzi ustala sobie tzw. "próg bólu" - w większości przypadków jest to od 50 do 100 stron. Ja sama należę raczej do tych, którzy wolą przeczytać książkę od deski do deski (chociaż zdarzają się wyjątki), lecz niejedni po takim czasie "brnięcia" przez powieść odłożą ją na półkę, by nigdy do niej nie wrócić. Cóż więc z tego, że 200 stron dalej mogłaby ich zaciekawić.
Zdarzały się już powieści z nie najlepszą fabułą, którą ratowali świetnie wykreowane postacie - w tym przypadku chciałoby się jednak rzec "im dalej w las, tym gorzej". Główną bohaterkę zbudowano na trzech cechach, w dodatku tak nijakich, że ciężko mi ją opisać. Nieciekawa, nudna, niebudząca cienia sympatii, podobnie jej towarzysz. Niewiele lepiej dzieje się w przypadku bohaterów drugoplanowych - u nich może i wspomniane cechy da się sprecyzować, nadal jednak brakuje chociaż jednej postaci rozbudowanej, z jakimkolwiek charakterem, która budzi emocje - czy to pozytywne, czy też nie - w tym przypadku wszystkich możemy określić jako neutralnych. W pewnym momencie iskierkę nadziei rozpala potencjalny czarny charakter, jednak płomień ten szybko zostaje zgaszony przez zakończenie lub, właściwie, ucięcie jego wątku. (kto wie, może autorka zdecyduje się do niego powrócić, lecz raczej bym na to nie liczyła)
Jedynym ciekawym zabiegiem językowym jest konfrontacja osoby żyjącej od urodzenia w slumsach (warto nadmienić, iż powieść wzbogacono o słownictwo stosowane właśnie przez to ugrupowanie) z arystokratami pochodzącymi z Domów. Poza tym wszystko pozostaje zupełnie neutralne. Nie przykuła mojej uwagi żadna grafomania, jedynie chorobliwa przeciętność.
Książka ratuje się od połowy - choć nie wychyla się ani trochę poza wytyczone przez schematy bariery, nareszcie coś się dzieje - nareszcie czytelnika choć minimalnie interesują rozgrywające się wydarzenia, a napięcie rośnie. Wciąż brakuje elementu zaskoczenia, zwrotów akcji, (może i tam występują, lecz zdecydowanie bez zamierzonego efektu) czegoś, co sprawi, iż ta lektura będzie czymś więcej niż dowiadywaniem się, w ilu procentach poprawnie odgadliśmy bieg wydarzeń.
Przewidywalność, schematyczność, przeciętność - te trzy pojęcia jako pierwsze przychodzą mi do głowy, gdy myślę o Gildii Magów. Mą ocenę podciągają jedynie przedstawienie Gildii oraz slumsów ze wszystkimi ich obyczajami i strukturami. Po odłożeniu książki na półkę czułam się, jakby nie pozostawiła we mnie po sobie nic - zero refleksji, zero emocji. Zakończenie również nie jest zbytnią zachętą do sięgnięcia po kolejne tomy - zrobię to jedynie dlatego, że nie lubię pozostawiać serii niedokończonych.
Reasumując, Gildia Magów nie okazała się zbyt przyjemną lekturą, w dodatku ciężko w niej wskazać cokolwiek, czym by się wyróżniała i co nadawałoby jej oryginalności, zachęcało do dalszego czytania.  Po usilnym szukaniu zalet jestem w stanie przyznać jej 4/10, co i tak w tym przypadku uważam za wysoką ocenę.

czwartek, 31 października 2019

Razem jesteśmy silniejsi

Sarah J. Maas "Dziedzictwo Ognia"
Gdyby nie akcja na bookstagramie, z pewnością nie sięgnęłabym tak szybko po kolejne dzieło Maas. Jak mogliście przeczytać tutaj, Korona w Mroku nie zasługiwała moim zdaniem na tak wysokie oceny, jakie otrzymała. Przełożyło się to na moje sceptyczne nastawienie do trzeciego tomu serii - tym razem jednak autorka ta po raz kolejny mnie zaskoczyła.
Co z pewnością należy serii Szklany Tron oddać, to fakt, iż każdy tom posuwa akcję do przodu, nie roztrząsając po wielokroć tych samych kwestii i nie ciągnąc w nieskończoność tych samych wątków. Dziedzictwo Ognia to odmiana w zestawieniu z dwoma poprzednimi tomami; to, co znaliśmy do tej pory, zostaje zepchnięte na drugi plan; autorka przedstawia nam nowy świat, którego do tej pory nie znaliśmy, co sprawia, że w czytelnikach rośnie ci
ekawość. Przedstawia nam krainy oraz istoty, które do tej pory pozostawały niemal mitycznymi, i to wcale nie w sposób przewidywalny oraz schematyczny, jak można by się tego spodziewać. Wszystko dopracowuje, lecz nadmiarem szczegółów nie przytłacza treści powieści, zachowując wręcz idealną równowagę. Będę zatem powtarzać to, co mówię od przeczytania pierwszej części cyklu - pod względem świata przedstawionego seria ta prezentuje się nad wyraz dobrze.
Po raz kolejny powieść rozłożona zostaje na wiele wątków - i chociaż stanowią kontynuację tych rozpoczętych w poprzednich tomach, nie są tą samą historią nieustannie ciągniętą - wszystko ulega zmianie, akcja jest dynamiczna, a przeplatane historia opowiadana z przeróżnych perspektyw buduje napięcie. Dość mocno we znaki daje się jednak schemat zawiązanie akcji-punkt kulminacyjny-(przeciągnięte) rozwiązanie akcji. Wszystko rozpoczynało się powoli, stopniowo rosło zainteresowanie przedstawionymi wydarzeniami, aż do momentu, gdy rozstrzygnąć się miało wiele kwestii. Ów moment minął i, jak to często bywa, napięcie gwałtownie zmalało, z kolei stron pozostało całkiem sporo, a co za tym idzie - końcowa część książki zbytnio się dłużyła. Czasami niemalże niemożliwym jest uniknięcie takiej sytuacji, lecz w tym przypadku fragment ten mógłby zostać skrócony, na czym treść niekoniecznie by ucierpiała.
Poprzednim częściom sagi bez cienia wątpliwości przypięłabym łatkę "fabuła ciągnie bohaterów", czego nie spotyka się często (w przeciwieństwie do świetnie wykreowanej postaci obok kiepskiej fabuły), tym razem jednak coś w tym kierunku ruszyło. Główna bohaterka - Celaena jak dotąd przytłaczała wręcz swą perfekcyjnością pod każdym możliwym względem (czyżby Mary Sue?), lecz w Dziedzictwie Ognia została ukazana w zupełnie innym świetle. Nie tyle sama postać, co wydarzenia sprawiły, iż stała się ona zupełnie znośna. Nareszcie jej przeszłość przestaje być dla nas zagadką, co może nie tyle wzbudza w nas sympatię, co zrozumienie. Znani nam już Chaol oraz Dorian nieco wyłamują się ze swoich schematów. Kluczową rolę odegrało jednak wprowadzenie zupełnie nowych bohaterów - trzeci tom to odpowiedni etap na tzw. "powiew świeżości". Chociaż nie poznajemy ich aż tak dobrze, można się spodziewać, iż skrywają w sobie intrygujące historie, które dodatkowo wzbogacą serię w kolejnych jej częściach.
Niezwykle we znaki dawał mi się język stosowany przez autorkę. Momentami zakrawał niemalże na prostacki, co kładzie się cieniem na całokształt powieści. Zdarzyło mi się odczuć delikatne zażenowanie w styczności z tym stylem pisania, co stanowi dla mnie ogromny minus książki. Mam również wrażenie, że, jakkolwiek w poprzednich częściach nie zwróciłam na ten aspekt aż takiej uwagi tak, tutaj wręcz rzucał się w oczy.
Pozostaje jeszcze kwestia, której staram się nie poruszać w przypadku literatury młodzieżowej, ponieważ za każdym razem staje na tym samym - są książki, które zajmują moje myśli jeszcze na długo po ich przeczytaniu. Nie dzieje się tak jednak w przypadku wspomnianych młodzieżówek, z Dziedzictwem Ognia włącznie. Wraz z zamknięciem tomu momentalnie kończę moją przygodę z daną powieścią, jakbym o niej zupełnie zapomniała i nic dla mnie nie znaczyła. Jak już jednak wspomniałam, nie wymagam w tym zakresie nic od tego gatunku, tak więc nie wpływa to na moją ocenę.
Reasumując, Dziedzictwo Ognia to powieść, która zaskoczyła mnie, i to na plus. Z pewnością wpłynie ona na ocenę całej sagi, którą teraz mogę polecić jako dobrą fantastykę młodzieżową. Autorka zdaje się poprawiać prawie wszystko to, co w mniejszym lub większym stopniu ubolewało w poprzednich tomach. Książka angażuje i wciąga, wybija się ponad inne z tej kategorii. Wspomniane przeze mnie negatywy sprawiają, iż końca ocena to 8/10, co pozostaje oczywiście świetnym rezultatem.

A co wy sądzicie? Powieść ponadprzeciętna, czy wręcz przeciwnie?

piątek, 18 października 2019

Podsumowanie września

Który dzisiaj jest? 17 października? 18?
Tak, przyznaję, w ostatnim czasie zaniedbałam tego bloga. Jeżeli ktoś obserwuje mnie na Instagramie, wie, że w moim życiu dosyć sporo się działo, a obowiązki związane ze szkołą spadły na mnie niczym grom z jasnego nieba. Niemniej, lepiej późno niż wcale, prawda?
Jak się tego spodziewałam, mój rezultat z tego miesiąca nie prezentuje się najlepiej. Chociaż zaczęłam m.in. Hamleta czy Pana Tadeusza (tak, wiem, że są to lektury szkolne, lecz książka to książka) udało mi się w całości przeczytać jedynie dwie książki - "Dziedzictwo Ognia" oraz "Nowy wspaniały świat". Recenzja drugiego tytułu pojawiła się już jakiś czas temu, z kolei na temat trzeciego tomu Szklanego Tronu już niedługo się wypowiem (tak, wiem, że wiele recenzji obiecywałam, a wciąż się nie pojawiły, jednakże tym razem zamierzam dotrzymać słowa).
Jeżeli chodzi o ocenę punktową:

  • Nowy wspaniały świat - 7,5/10; ta książka nie ujęła mnie na tyle, by przyznać jej 8, jednakże 7 to za mało (ehh, typowa baba);
  • Dziedzictwo Ognia - po poprzedniej części byłam nastawiona sceptycznie, wręcz bardzo sceptycznie; powieść jednak przeszła moje oczekiwania i z czystym sumieniem mogę ocenić ją na 8/10;

Zaliczyłam również podejście do Gildii Magów (obecnie jest już skończona, jednak ten post to nie miejsce dla niej), która niezwykle mnie znużyłam - do tego stopnia, iż nie byłam w stanie dokończyć jej we wrześniu.
Z kolei w przypadku filmów oraz seriali powiem wprost - szkoda gadać. Obejrzałam jedynie trzecią część Iron Mana, która całkiem mi się podobała. Wybrałam się do kina na To Rozdział 2 i... zasnęłam. Nie, że się nudziłam - byłam bardzo zmęczona. Chcę ponownie obejrzeć ostatnią godzinę, jednak póki co się za to nie zabrałam. Wydaje mi się również, że nie obejrzałam ani jednego odcinka jakiegokolwiek serialu. Ostrzegałam, że można się załamać.
To chyba najkrótszy post, jaki do tej pory napisałam. Cóż jednak miałam zrobić?
Jak wy się trzymacie? Umiecie pogodzić czytanie i/lub oglądanie ze szkołą/studiami/pracą? Chyba zbyt późno na pytanie o wrześniowy rezultat, więc pominę ten aspekt - jak wam idzie w październiku? Ile już przeczytane, co macie w planach?

niedziela, 22 września 2019

O, nowy wspaniały świecie

A. Huxley "Nowy wspaniały świat"
Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie każdy jest szczęśliwy ze swojego życia oaz tego, jakie role przyszło mu pełnić. Wyobraźcie sobie czas, gdy nikt nikomu nie zazdrości; gdy nie ma wojen, konfliktów ani uprzedzeń, a na każde nieszczęście istnieje rada. Nie istnieją smutki związane ze stratą bliskich osób czy rozstania z partnerem; nikt nie cierpi z powodu kompleksów, nikomu nie doskwiera żadna poważna choroba. Czyż nie o tym marzymy? Jakim więc prawem nazywamy tę książkę antyutopią?
Aldous Huxley zabiera nas w odwiedziny do Republiki Świata, roku 2541 (lub 632r. Ery Forda). Jest to państwo, w którym społeczeństwo podzielone jest na kasty - alfy, bety, gammy, delty oraz epsilony. Dzieci rodzą się w sztuczny sposób zwany wybutlacją. Nie istnieje pojęcie rodziny, matki, ojca, starości. Wszelakie teksty kultury sprzed Ery Forda zostały zniszczone, a za pomocą różnych technik od narodzin przygotowuje się każdego do życia w społeczeństwie i pełnienia określonej roli. W rezultacie utworzono cywilizację ludzkich maszyn, którzy napędzają państwową gospodarkę, lecz w wolnych chwilach nie sprawiają problemów, zażywając powszechnie znany i ceniony narkotyk - somę. Zniknęły religie - jest tylko jedno "bóstwo" czczone przez każdego - Henry Ford, którego filozofia stanowiła fundamenty do zbudowania Republiki.
Ukazany nam zostaje świat działający niemal perfekcyjnie - świetnie dopracowany mechanizm, który sprawdza się od wielu lat - umysły i wola wszystkich skupione w rękach kilku jednostek. Wszystko dopięte na ostatni guzik, tak, by nikt nie wyłamał się ze schematu, a jeżeli już - aby nikt inny nie podążył jego śladem. Na początku trudno się w nim połapać, lecz z kolejnymi stronami zaczynamy rozumieć owe mechanizmy, które z jednej strony nas przerażają, z drugiej zaś podziwiamy, jak idealnie działają. Ogół świata przedstawionego prezentuje się bardzo dobrze - nie zachwycająco, lecz trudno się do czegokolwiek przyczepić.
Trudno wyodrębnić wątek główny - z początku przeplatane są historie, które przedstawiają nam Republikę Świata - szkolenie studentów czy rozmowy między obywatelami. Dopiero później jedna z postaci wysuwa się na pierwszy plan - Bernard Marks, który, mimo przynależenia do najwyższej kasty, poprzez prawdopodobny błąd przy zapładnianiu posiada pewien mankament fizyczny - jest niski, co sprawia, że nie jest szanowany tak, jakby się tego należało spodziewać. Stara się nie żyć zgodnie ze zwyczajami i kulturą Republiki, co powoduje jeszcze większe obiekcje wobec jego osoby ze strony innych. Pewnego razu postanawia udać się wraz z Leniną Crowne do rezerwatu - jedynego miejsca na ziemi, którego nie dosięgnęła potęga Republiki. Kultywuje się tam tradycje sprzed setek lat, wyznaje zupełnie inne wartości, lecz także żyje w ubóstwie, obcuje z chorobami oraz śmiercią. Z tego zaczyna wyłaniać nam się krótka, lecz niejednowątkowa historia, w dodatku niejednoznaczna, co służy budowaniu napięcia. Niektóre z wątków rozwiązane zostały w dość niekonwencjonalny sposób, co jest zdecydowanie zaletą książki.
Bernarda uważam za dobrze wykreowaną postać - należy dodać, iż nie jest to bohater czy idealista, lecz oportunista. Czasami przyda się trochę odmiany, zwłaszcza, gdy mamy dość odważnych bohaterów walczących o najwyższe cele. Lenina z kolei służy jako idealny przykład osoby zmanipulowanej przez system - trudno powiedzieć cokolwiek o jej charakterze, ma się bowiem wrażenie, iż to tylko nakręcana lalka powtarzająca te same frazesy. Pozbawiona uczuć oraz osobowości. Następnie pojawia się jeszcze John, żyjący od dziecka w rezerwacie, ściągnięty do nowego wspaniałego świata; jego postać nie tylko wprowadza do powieści tragizm, lecz także stanowi uosobienie kontrastu między tymi dwoma światami - Republiką oraz rezerwatem. Nie są to jednak bohaterowie, z którymi możemy się utożsamiać, których losy będą dla nas priorytetem, dla których chce nam się czytać dalej - stanowią raczej element świata przedstawionego oraz fabuły i je dopełniają.
Lektura obfituje w powtarzane nieustannie frazesy oraz dialogi, które w dzisiejszych czasach zdają się brzmieć jak wypowiedź szaleńca. Pozbawione emocji, choć słowo "szczęśliwość" występuje tak często. Wszystkie przedstawione sentencje stanowiły zaprzeczenie dla wyznawanych przez nas wartości. Chłód i spokój, z jakim wypowiadane są niektóre kwestie są wręcz wstrząsające. Całość wraz z pragmatycznym stylem pisania idealnie wkomponowana została w treść książki, tworząc spójną powieść i historię, wobec której trudno pozostać obojętnym.
Nowy wspaniały świat to przede wszystkim pozycja, która skłania do refleksji. Chociaż przedstawione wydarzenia zdają się być odległymi, to trudno nazwać je niemożliwymi do spełnienia się. Za dodatkowy atut można uznać również fakt, iż pisana była jeszcze w poprzednim stuleciu, a wciąż szokuje i daje do myślenia.
Nie jest to książka, którą uważam za arcydzieło, niemniej w pełni zgadzam się, z tym, iż zaliczana jest do wąskiego grona klasyków dystopii, a co za tym idzie, trzeba ją przeczytać. Nie tylko ze względu na sam aspekt literacki - również ku przestrodze.

czwartek, 5 września 2019

Podsumowanie sierpnia

Muszę przyznać, że mimo dłuższego wyjazdu, sierpień przebiegł u mnie zdecydowanie bardziej owocnie niż lipiec. Nie przedłużając, przejdźmy do zasadniczego podsumowania.
Jeśli chodzi o książki, przeczytałam ich siedem oraz zaczęłam czytać dwie. Rozpiska prezentuje się następująco:
Zwiadowcy Księga 8. Królowie Clonmelu John Flanagan - moja ocena to 7/10, recenzję możecie znaleźć na blogu ;)
Triumf. Upadek. Powrót do życia. Sven Hannawald, Urlich Pramann - chociaż tę książkę uważam za niezłą, to nie spełniła moich oczekiwań, daję 6/10; szczegółowa opinia również już się pojawiła
Korona w Mroku Sarah J. Maas - podobnie, jak wyżej - ocena taka sama, a recenzja również została już opublikowana
Zwiadowcy Księga 9. Halt w niebezpieczeństwie John Flanagan - tutaj nieco lepiej, moja ocena to 8/10; zapraszam również do przeczytania recenzji
Światło, którego nie widać Anthony Doerr - jedna z lepszych książek, jakie czytałam w te wakacje, oceniłam 9//10; jeżeli chcecie wiedzieć coś więcej, zapraszam tutaj
Nawałnica Mieczy Tom I Stal i Śnieg George R. R. Martin - to zdecydowanie najlepsza pozycja, po jaką przyszło mi sięgnąć - nie chcę się rozpisywać, ponieważ (podobnie, jak w poprzednich przypadkach) recenzja jest już na blogu
To nie jest kraj dla starych ludzi Cormac McCarthy - w tym przypadku recenzji nie ma, lecz pojawi się wkrótce; co do oceny - 5/10
Zaczęłam czytać Słowa Światłości Brandona Sandersona oraz Gildię Magów Trudi Canavan. Jeżeli chodzi o TBR, to myślę, że nie jest źle (możecie go znaleźć tutaj). Według prowadzonego przeze mnie kalendarza przeczytanych stron na Instagramie, mój wynik to 3 107 stron, co również uważam za dobry rezultat i jestem z siebie zadowolona.
Jeżeli chodzi o seriale, obejrzałam łącznie 23 odcinki, co daje w przybliżeniu 1 150min. Wynik taki sobie. Obejrzałam Młodego Papieża, dokończyłam trzeci sezon Opowieści Podręcznej, pierwszy sezon Peaky Blinders oraz pojedyncze epizody Mindhuntera, House of Cards oraz Sherlocka.
Nie powiem, by było tragicznie, lecz za dobry rezultat również ciężko to uznać. Żeby chociaż trochę odkupić swoje winy, przygotowałam krótkie omówienia:
Młody Papież - miałam naprawdę niemały problem z jednoznaczną oceną tej produkcji; z pewnością skłania do myślenia, ale i budzić kontrowersje, wiele aspektów można interpretować wielorako - nie jest to ani serial religijny, ani coś w rodzaju Kleru;  ze względu na oryginalność, bardzo dobrą realizację pomysłu, wspaniałą grę aktorską oraz świetne kadry i genialną ścieżkę dźwiękową moja ocena to 8/10
Opowieść Podręcznej sezon 3. - zaczęło się nijak, wszystkie nadzieje wzbudzone wraz z zapowiedziami zostały pogrzebane, gdy przez pierwsze kilka odcinków nie działo się nic, a najmocniejszym punktem serialu były dialogi, które może i dobrze brzmiały, lecz nie wnosiły nic do fabuły; następnie, od feralnego odcinka dziewiątego (czterdzieści minut zajęło twórcom to, co można by z łatwością zmieścić w dziesięciu) coś się zmieniło - zwyczajnie zaczęło się dziać; ostatnie kilka odcinków oglądało się świetnie, choć rzucały się też w oczy mniejsze lub większe błędy logiczne; na plus zaliczam ścieżkę dźwiękową, a cały sezon oceniam na 5/10 - w końcu tylko połowę można uznać za udaną.
Peaky Blinders sezon 1. - to najprawdopodobniej odkrycie tego lata' słyszałam wiele dobrych opinii, lecz nie sądziłam, że serial aż tak mi się spodoba - byłam przekonana, iż ta tematyka to zupełnie nie moja bajka; widz od samego początku się nie nudzi, lecz nie zostaje też przytłoczony natłokiem wątków i postaci' dodatkowo należy wspomnieć o świetnie wykreowanym klimacie Anglii z lat 20. XXw., przepięknych kadrach i bardzo dobrze wpasowanej ścieżce dźwiękowej; z pewnością kontynuuję oglądanie i mam nadzieję, że kolejne sezony trzymają poziom.
Czas na ostatnią część - filmy. Cóż, jak na mnie, jest nieźle, lecz nie jest to oszałamiający rezultat. Obejrzałam w tym miesiącu 5 produkcji, z czego każda z nich to kolejna część Marvel Cinematic Universe - Incredible HulkIron Man 2ThorKapitan Ameryka: Pierwsze StarcieAvengers.
Jeżeli chodzi o całą pierwszą fazę MCU - bardzo podobał mi się Iron Man, na temat którego już wypowiedziałam się tutaj. Kolejna część zdecydowanie nie przypadła mi do gustu - film akcji, w którym brakowało akcji. Następnie kontynuacja historii Tony'ego Starka, która jednak nie udała się tk, jak poprzednia, lecz można ją uznać za dobry film. Produkcja o Thorze podobała mi się, choć został dość nisko oceniony np. na Filmwebie - przypadły mi do gustu wyraźniejsze elementy fantastyki, a scenę skradł świetnie wszystkim znany antagonista - Loki. Filmu o Kapitanie Ameryce nie mogę ocenić pozytywnie - dziwny ciąg przyczynowo-skutkowy, rozwiązania niczym z fanfiction, nieodpowiednie przedstawienie II Wojny Światowej, a całą produkcję ratuje jedynie zakończenie. Znakomitym finałem fazy okazała się pierwsza odsłona Avengers - ten film trafił na listę moich ulubionych i zachęcił do obejrzenia drugiej fazy.
Ogółem rzecz biorąc, jestem zadowolona z tego, ile przeczytałam oraz obejrzałam w sierpniu. Nie zrealizowałam całego TBR na wakacje, lecz wynik uważam za naprawdę dobry, biorąc pod uwagę czas, jakim dysponowałam.
Jak wyglądał sierpień u was? Jesteście z siebie zadowoleni?