czwartek, 22 sierpnia 2019

Dziś w jego zamku płacze deszcz i nie ma kto go słuchać

George R. R. Martin "Nawałnica Mieczy Tom I: Stal i Śnieg"
Pieśń Lodu i Ognia to znana na cały świat seria książkowa, która dużą sławę zdobyła między innymi dzięki serialowi Gra o Tron. To jeden z tych tytułów, który słyszał każdy - jak Władca Pierścieni czy Gwiezdne Wojny. Zapewne nie ja pierwsza i nie ostatnia po książki sięgnęłam po obejrzeniu serialu i, niestety, żałuję.
Pierwsze dwa tomy uważam za rewelacyjne książki, jednak przez fakt, iż wiedziałam, jak wydarzenia się potoczą, kto umrze, a kto przeżyje, co stanie się później, nie umiałam zaangażować się w lekturę. Mimo świetnie poprowadzonej narracji, ja czułam się obca w tym świecie, nie czułam napięcia ani emocji. Jak już wspomniałam, książki nie ponosiły tu winy, raczej to, że czytanie ich było jak po lekturze streszczenia. Wcześniej nie zauważyłam u siebie tego problemu, a w tym przypadku niesamowicie mi doskwierał. Przy lekturze Nawałnicy Mieczy coś się jednak zmieniło.
Znów znajdujemy się w fantastycznej krainie dwóch kontynentów - Westeros i Essos, pomiędzy którymi podróżujemy wraz z głównymi bohaterami, którzy przebywają w różnych zakątkach królestwa. Wojna Pięciu Królów trwa w najlepsze, sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować, gdy okazuje się, że do zwycięstwa nie potrzeba jedynie wygranych bitew i wielu mieczy, o czym mniej lub bardziej boleśnie przekonują się różne strony konfliktu; z kolei wygnana królowa z rodu Targaryenów rośnie w siłę na Wschodzie, odradzając magię, którą uważano już niemal za mit. Wszystko to jednak odchodzi na dalszy plan, gdy dowiadujemy się, co dzieje się na Murze oraz w jego pobliżu i przed jakim wyzwaniem stanąć muszą wszyscy ludzie. Autor jednocześnie daje nam znać, iż wydarzenia, które zostają nam przedstawione, to tylko fragment długiej, złożonej i pasjonującej historii, którą aż pragnie się poznać. (muszę zaznaczyć - nie aż tak bardzo, jak przy lekturze książek Tolkiena)
Fabuła tradycyjnie składa się na wiele wątków, ponieważ wydarzenia opisywane są z perspektywy różnych postaci (dodam - Martin nie zastosował narracji pierwszoosobowej). Nie brakuje genialnie wykreowanych intryg oraz zwrotów akcji. Cała historia jest bardzo rozbudowana, pokazuje wydarzenia widziane wieloma parami oczu, jak jedna sytuacja wpływa na drugą - cały łańcuch przyczynowo-skutkowy. Powieść od początku do końca trzyma w napięciu, zapewniając nam rozrywkę przez prawie 700, a nie, jak to często w książkach bywa, 100-200 stron. Warto dodać, iż wszystkie wątki zostały poprowadzone konsekwencje, sam autor się w nich nie pogubił, a wręcz przeciwnie.
Za najlepszy aspekt książek Martina uważam jednak bohaterów. Trudno tu wskazać jednego, głównego, ze względu na zabieg, o którym już pisałam. Każdy z nich jest wykreowany szczegółowo, tak, że możemy go poznać. Jednych lubimy, innych nienawidzimy, jednym kibicujemy, chcemy śmierci innych. Pomimo tego, jeżeli do niej dojdzie, i tak ją przeżywamy, ponieważ czujemy do nich przywiązanie. Ich charaktery nie pozostają sztywne, zbudowane na kilku cechach, lecz ulegają zmianom; postaci zostają poddawane próbom, które mogą nieraz nadszarpnąć ich poczucie tożsamości. Każdy z nich ma zupełnie inaczej skonstruowaną osobowość; poprzez śledzenie ich działań nie tylko poznajemy kultury i obyczaje poszczególnych rodów, ale również obserwujemy, jak różne wydarzenia, sytuacje i traumy wpływają na nasze postępowanie. Od strony praktycznej - z żadnego innego uniwersum nie czerpałam aż tak często przykładów do rozprawek na języku polskim, jak właśnie z książek Martina oraz ich serialowej adaptacji.
Autor niejednokrotnie posługuje się kontrastem - grzecznościowe formułki obecne wśród dworzan, wulgaryzmy wśród zarówno pasowanych rycerzy, jak i grup rabusiów wyjętych spod prawa. Opisy przyrody zestawione z prostackim słownictwem. Martin bawi się językiem, ukazując przy tym zróżnicowanie wśród kultur oraz sfer społecznych, poprzez niego ilustruje zepsucie człowieka. Dialogi zostały świetnie skonstruowane - zabawne wypowiedzi wywołujące uśmiech na twarzy przeplatane z sentencjami, o których trudno zapomnieć. Cała powieść dzięki warsztatowi pisarza staje się przystępna, lecz nie banalna, napisana dobrze, lecz nie przytłaczająca wyrafinowanym słownictwem oraz nadmiarem środków artystycznego wyrazu.
Nawałnica Mieczy to pierwszorzędna lektura z gatunku low fantasy. Autor posługuje się elementami fantastycznymi z umiarem, lecz poświęca im odpowiednią ilość uwagi, natomiast to bohaterowie stanowią kwintesencję jego dzieła. Kreuje rozbudowany świat z długą oraz burzliwą historią, tradycjami. Tworzy społeczność niezwykle zróżnicowaną, wypełnia postaciami, którzy nie pozostają płytcy. Buduje napięcie, nie sprawiając przy tym, iż wydarzenia pędzą na łeb na szyję, bez logicznego porządku. Tworzy zawiłą sieć intryg, całość dopełniając genialnymi dialogami, przy czytaniu których czuje się, iż słowa te mają swą wagę i znaczenie; ponadto żaden wątek nie zostaje ucięty, kładzie nacisk na konsekwencje ludzkich czynów, ukazując, iż nic nie zostaje puszczone płazem, a nie tylko Północ pamięta
Podsumowując, pierwsza część Nawałnicy Mieczy to moim zdaniem rewelacyjna powieść granicząca z arcydziełem, łącząca fantastykę z wszystkim innym, co w literaturze najlepsze - różnorodnością, porządkiem, znalezieniem złotego środka.

Czytaliście? Chętnie poznam wasze opinie!

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Nie jest już tak młody, jak mu się wydaje

John Flanagan "Zwiadowcy", Księga 8. "Halt w niebezpieczeństwie" i 9. "Królowie Clonmelu"

Zwiadowcy to seria, która znaczy dla mnie niemało i do której mam naprawdę spory sentyment. Po pierwszy tom - Ruiny Gorlanu sięgnęłam mając około 12 lat. Była to jedna z niewielu książek, które wówczas zaangażowały mnie bez reszty w opisywaną historię (dorównywała jej tylko seria o Harrym Potterze). Pokochałam fabułę, darzyłam każdego z bohaterów ogromną sympatią, porwał mnie klimat powieści i warsztat pisarza, a lektura nieustannie mnie zaskakiwała i trzymała w napięciu. Przeczytałam sześć z dwunastu tomów, później na około dwa, może trzy lata przestałam w ogóle czytać. Wróciłam do książek w połowie trzeciej klasy gimnazjum, a w wakacje rok temu również do tej serii - przeczytałam siódmą księgę, która lata stała na półce i na mnie czekała przez cały ten czas. Tylko, jeżeli mam być szczera - nie pamiętam już teraz, na ile ją oceniłam, a fabuła jedynie szczątkowo zachowała się w moim umyśle. Stwierdziłam, że gdybym się na niej rozczarowała, nie zapomniałabym o tym - tak więc podeszłam do kolejnych dwóch tomów z niemałymi nadziejami, ze wspomnieniami, gdy jako dziecko nie mogłam oderwać się od lektury.
Zwiadowcy to bestsellerowa seria autorstwa Johna Flanagana skierowana raczej do młodszej młodzieży; opowiada o przygoda Willa, który zostaje wcielony w tajemnicze i budzące momentami lęk szeregi Królewskich Zwiadowców. Cykl składa się z dwunastu tomów, omawiane dziś przez mnie księgi 8. i 9. opisują wyprawę Willa wraz z jego mistrzem i najlepszych przyjacielem do położonej na zachodzie Hibernii, by stawić czoło groźnej sekcie - z pozoru bezproblemowi wyznawcy wyimaginowanego boga Alsejasza to w rzeczywistości bezwzględni łgarze i złodzieje oraz mordercy, którzy nie cofną się przed niczym, by osiągnąć to, czego pragną.
Autor przenosi nas do wzorowanej na średniowiecznych imperiach krain Araluen. Przedstawiana na niektórych mapach wraz z resztą kontynentu dowodzi, iż świat przedstawiony inspirowany jest Europą - wskazują nazwy państw jak Gallia, Skandia, Iberion czy Alpina oraz ich rozmieszczenie, a także przedstawione kultury i obyczaje niektórych narodowości (np. przy kreowaniu Skandian Flanagan z pewnością zaczerpnął inspirację z plemion Wikingów). Czas wydarzeń nie został nigdzie podany. W roli głównych bohaterów znów występują znani i bardzo lubiani przez czytelników Will, Halt oraz Horace.
Fabuła książki to jeden główny wątek oraz kilka bardzo pobocznych, niekoniecznie istotnych w odniesieniu do biegu wydarzeń - relacje między bohaterami, ogólne funkcjonowanie Korpusu Zwiadowców, przeszłość niektórych postaci, et cetera. Dodam od razu, iż nie jest to książka dla tych, którzy oczekują wątków miłosnych - tu bowiem zostają zepchnięte niemalże na margines (w tych dwóch tomach tym bardziej). Z kolei przedstawiona nam zostaje prawdziwa przyjaźń, miłość nauczyciela i ucznia niemal jak ojca i syna, lecz również druga strona medalu - skłócona rodzina, nienawiść do tych, których powinniśmy kochać. Wszystko to jednak zdaje się być jedynie dodatkiem do dominującego wątku.
Struktura jest raczej typowa dla młodzieżówek - pojawia się cel, do którego nasi bohaterowie dążą, jednak nie bez przeciwności. Co, moim zdaniem, ciekawe - w Zwiadowcach niektóre historie zamknięte są w jednym tomie, niektóre w dwóch (jak w tym przypadku), a zdarzają się i w trzech - często na skutek owych powikłań ostateczny cel ulega zmianie, co czyni tę serię nieco ciekawszą  bardziej oryginalną. Wydarzenia są na ogół dobrze rozłożone, co sprawia, że poszczególne książki nie zdają się pełnić roli "zapchajdziur", jak to często bywa w trylogiach, formie tak popularnej dla fantastyki młodzieżowej. (i nie tylko) Na nudę nie można narzekać, od pierwszych stron już coś się dzieje, czym owa seria wyróżniała się już od pierwszej części. Jako dziecko czułam olbrzymie napięcie podczas czytania, a zwroty akcji szokowały mnie i zapierały dech z piersiach. Obecnie niektóre z nich bywają przewidywalne, chociaż muszę przyznać, że zdarzały się momenty, gdzie czułam się zaskoczona, jednak nie wywarło to na mnie większego wrażenia. Czytając te książki, poczułam się po prostu staro.
Nasi trzej główni bohaterowie to starzy, dobrzy przyjaciele, doskonale nam znani z poprzednich części. Horace - rycerz korony, odważny, szlachetny, lojalny, ale również prostolinijny i bezpośredni. Większą ciekawość wzbudzają jednak pozostałe dwie postaci - zwiadowca Halt - powściągliwy i raczej mało entuzjastyczny, obdarzony za to przebiegłością, sprytem i nad wyraz ciętym językiem, a także główny bohater - Will, również wyszkolony jako zwiadowca, lecz bardziej kreatywny, twórczy i błyskotliwy. Cała ta trójka tworzy zespół, który ubarwia książkę szczerością relacji pomiędzy bohaterami, a także zabawnymi potyczkami słownymi; jest jeden problem - dla mnie były zabawne, lecz do czasu. 
Również boli mnie jednolitość bohaterów - niby się zmieniają, jednak niezbyt tę ewolucję widać, czasami w przypadku Horace'a, jednak moim zdaniem była ona wybitnie naciągana. Nie mówię, iż bohaterowie irytują - przeciwnie, trudno nie żywić do nich pozytywnych emocji, lecz ów brak zmian naprawdę mi przeszkadza.
Styl pisania w tych książkach doskwierał mi chyba najbardziej. Młodszego czytelnika z pewnością rozbawią zastosowane przez autora środki językowe i sprawią, że powieść ta jeszcze bardziej przypadnie mu do gustu, lecz w moim przypadku czułam momentami nawet coś na kształt zażenowania, język był dla mnie wręcz infantylny. Chyba cała ta recenzja sprowadza się do procesu przemijania czasu.
Klimat książek zaliczam na plus powieści, nie mam tu żadnych większych zarzutów, nawiązania do średniowiecza bardzo się temu przysłużyły, świat przedstawiony się "czuje", dzięki czemu czytanie staje się dużo przyjemniejsze, a my - czytelnicy, nie czujemy się w wydarzeniach obcy. Może niekoniecznie stajemy się uczestnikami wydarzeń, raczej coś pomiędzy tym a wrażeniem "obcości". Pod tym względem lepiej wypada Księga 9., w którą lepiej udało mi się "wgryźć" aniżeli w Księgę 8.
Zwiadowcy to świetna seria dla młodszej młodzieży, a Księga 8. oraz 9. w niczym nie odbiegają od pozostałych tomów. Musimy jednak mieć na uwadze, kto jest docelowym odbiorcą tych powieści - dzieci i młodsza młodzież - jak najbardziej, lecz na osobach nawet trochę starszych mogą nie wywrzeć aż takiego wrażenia. Co nie oznacza, że w ogóle się im nie spodobają, ale z pewnością bardziej przypadną do gustu młodszym. Z tych dwóch powieści lepiej wypada Halt w niebezpieczeństwie; po Królach Clonmelu nie byłam pewna, czy będę kontynuować tę serię, lecz kolejny tom przekonał mnie do niej na nowo. Nie aż tak bardzo, jak kilka lat temu, ale czułam się, jakby obudziło się we mnie coś - część serca odpowiedzialna za miłość do tego cyklu, która niestety maleje i słabnie z upływem czasu, jednak wciąż gdzieś tam żyje...
Na koniec mogę powiedzieć tylko jedno - czytajcie, póki nie jest za późno.

sobota, 10 sierpnia 2019

Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze

Anthony Doerr "Światło, którego nie widać"
II Wojna Światowa to wydarzenie, o którym nigdy nie zapomnimy - które pochłonęło tak wiele ofiar, tak wielu młodych, niewinnych... Ukazała najgorsze możliwe oblicze ludzkości -okrucieństwo, nienawiść, brak szacunku do drugiego człowieka, obłudę. Zachowały się utwory z tamtego okresu, wspomnienia tych, którzy przeżyli oraz tych, których krew splamiła ziemie nie tylko Europy, ale i świata. Jednak do dziś ten horror inspiruje twórców, autorów dzieł chwytających za serce i uświadamiających nam, jak bardzo powinniśmy się cieszyć, że żyjemy w takich, a nie innych czasach.
Anthony Doerr to amerykański powieściopisarz oraz autor krótkich opowiadań. Może poszczycić się zdobyciem Nagrody Pulitzera (coroczna nagroda przyznawana za wybitne osiągnięcia dziennikarskie, muzyczne oraz literackie) za książkę Światło, którego nie widać.
Sięgnęłam po tę pozycję, ponieważ fascynuje mnie tematyka wojenna, chociaż dzieł o tym traktujących nie mam na koncie zbyt wiele.
Autor na początku przenosi nas do Saint-Malo w 1944r., na chwilę przed zbombardowaniem - to francuskie miasto portowe położone na zachodnim wybrzeżu, w czasie wojny okupowane przez Niemców. Przedstawia nam dwójkę młodych ludzi - niewidomą Marie-Laure LeBlanc, mieszkającą ze swoim stryjecznym dziadkiem oraz Wernera Pfenniga - osiemnastoletniego żołnierza Wehrmachtu.
W kolejnych rozdziałach zmieniamy czas i miejsce akcji - Doerr opisuje dzieciństwo każdego z nich, prezentując dzielnicę Paryża oraz sierociniec w Zollverein; ukazuje życie bohaterów, nim rozpętało się piekło.
Fabuła jest rozbudowana, przeplatają się wydarzenia z różnych okresów, co sprawia, że czujemy się, jakbyśmy odkrywali historię bohaterów i bardziej angażujemy się w lekturę. Co prawda, ten zabieg nie zawsze się sprawdza, lecz w tym przypadku autor świetnie się nim posłużył. Zestawiona również zostaje wojna - jej okrucieństwo i bezwzględność wraz z pięknem świata - odkrywaniem, zarówno cudów natury, jak i nauki i wynalazków człowieka. Obojętność i utrata człowieczeństwa wobec miłości rodzinnej i współczucia. Cała historia złożona jest z takich kontrastów, konfliktów, skłania do refleksji - która z tych stron odniosła zwycięstwo? Czy można o nim w ogóle mówić - co, jeżeli ich istnienia są od siebie zależne? Jedno nie ma racji bytu bez drugiego?
To nie powieść napakowana zwrotami akcji i sensacyjnymi wydarzeniami; nie znajdziemy bijatyk, strzelanin, pogoni, ataków. Lecz i bez tego pochłonie nas bez reszty - dialogami, pozornie niewiele znaczącymi wydarzeniami poruszy pewne sfery naszego serca i umysłu. Znajdziemy tu bowiem bezbronnych, niewinnych ludzi, którzy wbrew swej woli zostali w to wplątani. Którzy nie mają cienia szansy na przetrwanie. W końcu to wojna, czyż nie?
Choć bohaterowie z początku nie wydają się szczegółowo wykreowani, z czasem łapiemy się, iż wraz z nimi przeżywamy rozterki, stajemy się uczestnikami wydarzeń i chcemy niemal krzyczeć, by uczynili to, co słuszne. Autor dodatkowo gra na naszych emocjach, czyniąc ich młodymi, utalentowanymi, ciekawymi świata. Wojna to nie czas i miejsce do odkrywania, doskonalenia umiejętności. Nieważne, jakie są twoje pasje i marzenia - masz inną rolę do odegrania. Kim ty mógłbyś być?
Powieść napisana została pięknym językiem, każdy opis zdaje się być arcydziełem, gdy nagle zasada decorum zostaje naruszona zakrawającym na wulgaryzm kolokwializmem. Tak, jak świat i panująca równowaga naruszone zostały wojną. Książkę czyta się świetnie, chłonie wszystkie zwroty i wyrazy, metafory i epitety, podziwia dobór słownictwa i kreatywność autora oraz estetykę wypowiedzi - czyli wszystko to, co kochamy w literaturze pięknej. Warsztat autora przyczynia się również do cudownego klimatu książki - trudno mi go opisać słowami, tę powieść po prostu trzeba przeczytać!
Książka chwyta ze serce i targa naszymi emocjami, skłania do refleksji i uświadamia nam - tym wszystkim, którzy nie byli świadkami wojny - iż powinniśmy być wdzięczni za to, że nie dane nam było jej oglądać. Po skończeniu czujemy zaprzeczenie, jesteśmy świadomi niesprawiedliwości, co podtrzymuje klimat powieści. Wszystkie wątki łączą się w całość, co czyni opowieść spójną i kompletną. 
Jestem dość czepialską osobą, jednak trudno mi było wyłapać większe mankamenty tej pozycji - śmiało mogę polecić ją każdemu, osobiście jestem zachwycona, trafiła na listę moich ulubionych pozycji i mam szczerą nadzieję, iż kiedyś, gdy już przeżyje swoje lata, znajdzie się w gronie klasyków, gdyż w pełni na to zasługuje.
Reasumując, powieść Światło, którego nie widać Anthony'ego Doerra to piękna książka, zwracająca uwagę cudownym językiem i podchodząca od odpowiedniej strony do tematu wojny, a także zostawiająca po sobie trwały ślad. Rekomenduję z ręką na sercu.

Czytaliście? Jakie są wasze odczucia?

piątek, 9 sierpnia 2019

Nie zmarnuj swojego życia

"Iron Man" reż. John Favreau
Ostatnio coraz częściej słyszę pytania, czy jestem fanką Marvela. Głupio się przyznać, iż nie oglądałam żadnego z filmów, a o komiksach wiem tylko tyle, że istnieją. Na wakacje postawiłam sobie cel - obejrzeć wszystkie produkcje z uniwersum Marvel Cinematic Universe. Cóż, na razie mam za sobą jedynie pierwszą z nich, lecz z pewnością nie jest to moja ostatnia przygoda z MCU.
Tony Stark odziedziczył po ojcu olbrzymie przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją nowoczesnej broni oraz niezwykły talent inżynieryjny. Jest miliarderem, żyje niczym młody bóg dopóki przez dość nieszczęśliwą serię zdarzeń dostrzega, jak produkowana przez niego broń jest stosowana i w czyje ręce wpada, co odmienia jego światopogląd oraz system wartości.
Rzecz dzieje się na samym początku w futurystycznych Stanach Zjednoczonych oraz momentami w Afganistanie, gdzie trwa wojna. Co warto dodać, hipotetycznie rzecz biorąc, w bliżej nieokreślonej przyszłości mogłyby mieć miejsce, więc bez cienia wątpliwości film można przypisać do kategorii science-fiction. Następuje tu dość ciekawa konfrontacja - nowoczesna metropolia pełna wieżowców, oświetlona, wzbogacona dodatkowo innowacyjnymi wynalazkami; druga strona medalu to z kolei państwo od wielu lat targane konfliktami zbrojnymi, rozległe pustynne krajobrazy, wojskowe baraki, a w tym wszystkim nowoczesne maszyny wyprodukowane przez Stark Industries. 
Jak przystało na amerykańskie kino, produkcja obfituje w wysokobudżetowe kadry, dzięki czemu po prostu dobrze się ją ogląda; co więcej - zachowane są w odpowiednich proporcjach do fabuły, tak, by jej nie przysłaniały, a stanowiły spójną całość.
Sama historia nie należy raczej do zawiłych i skomplikowanych, w końcu to kino akcji, producenci stawiają na szybkie tempo wydarzeń, duże napięcie oraz natłok emocji, a widzowie tego oczekują. Zakończenie oraz zwroty akcji należą raczej do przewidywalnych, nie można jednak stwierdzić, iż Iron Man to tylko sklejka nieźle wyglądających scen strzelanin i bijatyk, która oprócz dwugodzinnej rozrywki nic nam nie dostarcza. Występuje tu bowiem wątek samej postaci Tony'ego, jego przemiany, ewolucji bohatera, która, choć w przekazie nie jest raczej skomplikowana, powinna utkwić nam w sercu. Nie zmarnuj swojego życia.
Film ten zaliczyć uznać można za Teatr jednego aktora - Robert Downey Jr. spisał się fantastycznie w roli Iron Mana. Chociaż Gwenyth Paltrow, Jeff Bridges czy Terrence Howard również nie zawiedli, to Downey przyćmiewa ich wszystkich. Sam Tony Stark to bohater charyzmatyczny, od pierwszej minuty budzący sympatię, a jego przemiana sprawia, że tym bardziej da się lubić. Ważną rolę odegrali też wujek Tony'ego oraz jego asystentka, jednak wobec nich mam neutralne uczucia, chociaż aktorzy zrobili, co do nich należało. Ci bohaterowie ani mnie specjalnie nie denerwują, ani też nie porywają. Po prostu są. 
Jak już wspomniałam, film spełnia wymogi kina sensacyjnego - wartka akcja, napięcie oraz emocje. Czasami wywołuje uśmiech na twarzy poprzez zabawną wypowiedź, jednak nie targa uczuciami - nie w tym jego rola. Klimat, jakiego oczekiwałam, został zachowany, ścieżka dźwiękowa go podtrzymuje, lecz nie można powiedzieć, iż jest nadzwyczajna - szczerze mówiąc, nie zapadła mi zbytnio w pamięć.
Ogólnie rzecz biorąc, cały film mogłabym określić mianem "spełniający oczekiwania" - nie wychyla się ani w jedną, ani w drugą stronę. Dostajemy pełnokrwiste kino akcji, które jednak mimo rozrywki daje nam coś więcej - nieskomplikowane, nieukryte, lecz ważne przesłanie. Moje pierwsze zetknięcie z Marvel Cinematic Universe uważam za udane i z pewnością będę kontynuować zgłębianie tego uniwersum. Uważam, iż ocena 7,5/10 jest jak najbardziej adekwatna. 

Jak wygląda wasza przygoda z Marvelem? Jesteście zagorzałymi fanami, jeszcze nie mieliście styczności z filmami, a może nie przypadły wam do gustu? Piszcie, co myślicie w komentarzach!

czwartek, 8 sierpnia 2019

Sukces ma swoją cenę

Sven Hannawald, Urlich Pramann "Triumf. Upadek. Powrót do życia."
Zapewne każdemu fanowi skoków narciarskich nieobce jest nazwisko Hannawald - niemiecki zawodni, który osiągnął coś, co wydawało się znajdować poza zasięgiem ludzkich możliwości, jednak musiał za to zapłacić straszliwą cenę. Po wielu latach walki z chorobą zdecydował się napisać autobiografię, gdzie przedstawia nam swoją historię.
Turniej Czterech Skoczni od sześćdziesięciu siedmiu lat wchodzi w skład Pucharu Świata w skokach narciarskich, ten prestiżowy cykl składa się z czterech konkursów - w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku oraz Bischofshofen, które odbywają się niemal jeden po drugim. Aż do 6.01.2002r. żadnemu zawodnikowi nie udało się wygrać wszystkich konkursów jednego cyklu. Dopóki nie pojawił się on - Sven Hannawald, który w mistrzowskim stylu zgarnął
"Wielkiego Szlema" i zapisał się na wieki na kartach historii. Zasłynął również jako wicemistrz olimpijski, wicemistrz świata, wicemistrz świata w lotach oraz dwukrotny mistrz świata w lotach narciarskich. Jednak po swym spektakularnym sukcesie presja, stres i wyczerpanie łapią zawodnika w swe sidła. U Svena zostaje zdiagnozowany syndrom wypalenia, depresja oraz anoreksja.
W 2014r., pięć lat po wygranej walce, wraz z Ulrichem Pramannem, Hannawald wydaje swoją autobiografię.
Dowiadujemy się o jego dzieciństwie - pierwszych narciarskich próbach, szkołach sportowych, dostaniem się do kadry, nieco o relacjach z trenerami, innymi zawodnikami, o życiu osobistym, poszczególnych sukcesach. Coś jednak w tej książce nie zagrało tak, jak tego oczekiwałam.
Spodziewałam się bowiem pozycji, która chwyci mnie za serce, przepełnionej napięciem i emocjami - i faktycznie, pojawiają się one, gdy opisywana jest choroba, pobyt w szpitalu, a także wczesne stadium, zanim porzucił karierę sportową. Tym fragmentom nie mam akurat zbyt wiele do zarzucenia. Otrzymujemy również informacje o najważniejszych skokach w karierze, o uczuciach zawodnika, o tym, co widzi, o czym myśli, na czym się skupia. Zabrakło mi jednak czegoś dotyczącego współzawodnictwa, rywalizacji czy chociażby kooperacji w zespole. Dowiadujemy się jedynie o dobrych relacjach z Martinem Schmittem. Z kolei książka napakowana jest informacjami dotyczącymi systemu szkolnego w NRD, zwłaszcza działania szkół sportowych, które uchodziły za kolebkę tego państwa. Dobrze jest się czegoś dowiedzieć, jednak co za dużo - to nie zdrowo.
Warto wspomnieć o budowaniu napięcia przez autorów - na samym początku opisany zostaje szczegółowo finałowy skok w Bischofshofen w 2002r., po czym przechodzimy do kolejnego rozdziału - dzieciństwa Svena - i dalej już wydarzenia uporządkowane są chronologicznie. Osobiście uważam, iż jest to całkiem ciekawy zabieg i owemu budowaniu napięcia służy - mimo wszystko, jakkolwiek by się nie starać, taki fragment stanowi "mocne wejście" w porównaniu do opisu dziecięcych lat. W kolejnych fragmentach jednak uderza mnie pewna tendencja - wcielając się w narratora, siedzimy na belce startowej, czekamy na sygnał od trenera, a w naszej kotłują się myśli, po czym nagle znajdujemy się już na dole skoczni i udzielamy wywiadu. To z kolei cały efekt psuje, czujemy się jak balonik, w który wpompowywano powietrze, jednak on nie pękł, nie stało się nic spektakularnego, jego zawartość po prostu powoli uciekł, zostawiając po sobie niedosyt.
Styl pisania autora trudno określić - nie należy on do artystycznych, nie jest również suchym, wypranym z emocji rzeczowym językiem. W odniesieniu do treści styl ten został odpowiednio dopasowany, autor nie narusza zasady decorum. Parę razy zdarzyło mi się natknąć na dziwne przeskoki narracji z jednego zdarzenia do drugiego - najpierw siedzimy na belce startowej, a za chwilę, bez wyraźnego zaznaczenia owego "przejścia", siedzimy w umyśle sportowca, który analizuje różne wydarzenia czy przywołuje wspomnienia. Utrudnia to w pewnym stopniu odbiór książki, na szczęście zdarza się tylko kilka razy, nie występuje nagminnie. 
Autobiografia wzbogacona jest o zdjęcia z poszczególnych wydarzeń i miejsc - rodzinna miejscowość, zawody, treningi, ośrodek. Dodano tam również wywiady lub wypowiedzi bliskich osób Svena - trenerów, rodziny, przyjaciół, terapeutki, które uzupełniają treść. Oprócz tego mamy do dyspozycji streszczoną historię skoków narciarskich oraz ewolucję stylu "V". Choć obie te historie znałam, uważam, że jest to całkiem niezły pomysł i daje możliwość zgłębienia tej pięknej dyscypliny sportu, nie służą moim zdaniem jako tzw. "zapchajdziury". Na końcu znajduje się również bonusowy wywiad z Hannawaldem, jednak nie zawiera on nurtujących mnie pytań; raczej te banalne, zadawane przy każdej możliwej okazji.
Triumf. Upadek. Powrót do życia. nie jest moim zdaniem wybitną pozycją, jednak nie uważam jej też za złą książkę. Jeżeli lubicie skoki narciarskie oraz interesuje was postać Svena Hannawalda, śmiało możecie sięgać po tę autobiografię. Nie należy się spodziewać arcydzieła pod względem literackim, raczej powinniśmy ją traktować jako źródło wiedzy na temat tej dyscypliny oraz samego zawodnika.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Zgasło jedyne światło w mroku

Sarah J. Maas "Korona w Mroku"
Jeżeli ktoś dotarł do mojej opinii na temat Szklanego Tronu na Goodreads czy Lubimy Czytać, to wie, że podchodziłam do niego bardzo sceptycznie. Chociaż książka ta nie zachwyciła mnie, to pod pewnym kątem pozytywnie zaskoczyła, dlatego postanowiłam kontynuować tę serię.
W drugim tomie, zatytułowanym Korona w Mroku, Celaena służy jako Królewska Obrończyni, choć jej faktyczną pracą jest zabijanie na zlecenie ludzi mogących stanowić zagrożenie dla monarchy. Pewnego razu główna bohaterka otrzymuje zadanie, by pozbyć się rzekomego członka ruchu oporu, którego zna z dawnych lat, lecz nie posądzałaby go o taką działalność. W szklanym zamku z kolei zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy.
Za dużą zaletę serii uważam świat przedstawiony - jak na cykl książek dla młodzieży jest naprawdę rozbudowany, podzielony na różne nacje, chociaż historia i kultura każdej z nich mogła zostać bardziej rozwinięta (mam nadzieję, że tak dzieje się w kolejnych tomach); mamy również styczność z różnymi gatunkami, z kolei temat magii w Koronie w Mroku pojawia się całkiem często, zostaje nam co nieco wyjaśnione, nie pozostaje już tak tajemnicza, w kwestii wykreowania jej autorka również nie poszła na łatwiznę.
Fabuła ponownie składa się na wiele wątków, niestety - lepszych i gorszych. Miłosne rozterki bowiem irytują jeszcze bardziej, niż w pierwszej części cyklu (chyba, że ktoś przepada za trójkątami miłosnymi w młodzieżówkach). Zmienne emocje, budzące zażenowanie wyznania, brak zaufania i sekrety, zupełnie to do mnie nie przemawia, co więcej, fragmentami ów wątek staje się głównym, co nie okazało się zbytnio udanym zabiegiem. Oprócz tego przewijają się też relacje przyjacielskie pomiędzy Chaolem i Dorianem oraz Nehemią i Celaeną, dowiadujemy się trochę o przeszłości głównej bohaterki, o już wspomnianej magii, pojawia się wątek ruchu oporu, a co najważniejsze - wyjaśnione zostają tajemnice, zwłaszcza te skrywane przez króla Adarlanu. Jak już wspomniałam, na pierwszym planie pojawia się magia, którą dotąd znaliśmy jedynie jako mityczną, nieprzeniknioną, wymarłą siłę, obecnie wiemy już nieco więcej na jej temat, autorka wdrożyła nas w grę, w której uczestniczą bohaterowie. 
Dobrze, że historia ta jest rozbudowana, nie opiera się jedynie na osiągnięciu wyznaczonego celu, ewentualnie miłości głównej bohaterki, jednak niektóre z kwestii mogły zostać dopracowane. 
Pod względem postaci Maas niestety nie zachwyca - nudni, schematyczni, przerysowani, momentami irytujący. Znajdziemy tutaj piękną, odważną, utalentowaną główną bohaterkę o nieznanym pochodzeniu, która nawet stojąc jedną nogą w grobie pokona każdego przeciwnika, w dodatku jest bezwzględną zabójczynią, z kolei przy mężczyznach rumieni się niczym trzynastolatka. Kolejna postać to książę, z pozoru arogancki, a w rzeczywistości okazuje się być inteligentnym i wartościowym człowiekiem; do tego kapitan Gwardii Królewskiej, obowiązkowy, skupiony na swojej pracy i lekko zdystansowany, lojalny wobec swego władcy, a w bliskich relacjach opiekuńczy i troskliwy. Do tego możemy dodać okrutnego i bezwzględnego króla, rozpieszczonego młodszego księcia, zbuntowaną księżniczkę z okupowanego narodu, czyli schematy, schematy i jeszcze raz schematy. Moją sympatię wzbudzają jedynie Nehemia (księżniczka) oraz Dorian (książę). Z kolei Celaena niezwykle mnie irytuje, stanowiąc połączenie Mary Sue z niezdecydowaną nastolatką. 
Powieści nie można jednak zarzucić monotonii - pierwsze rozdziały mogą troszeczkę nudzić, jednak później wydarzenia nabierają tempa, powieść obfituje w zwroty akcji, autorka potrafi zbudować napięcie, dzięki czemu czytanie nie dłuży się niemiłosiernie.
Do warsztatu Maas nie mam większych zastrzeżeń, choć jej styl pisania nie porwał mnie, to również nie dopatrzyłam się czegoś, co nadmiernie przeszkadzałoby w odbiorze lektury. Ciężko uznać go za wyrafinowany, jednak nie obfituje w nadmierne kolokwializmy czy gafy, opisy oraz dialogi dawkowane są w odpowiednich proporcjach. 
Wiele wątpliwości zasianych wraz z zakończeniem Szklanego Tronu zostało rozwianych, lecz po Koronie w Mroku autorka znów zostawia nas z pytaniami, domniemaniami, dając do zrozumienia, iż cała ta historia dopiero się rozkręca, poznaliśmy reguły gry, zatem możemy obserwować jej przebieg. Mimo wszystko pierwszy tom podobał mi się bardziej. 
Podsumowując, Korona w Mroku nie jest książką kiepską czy przeciętną. To całkiem niezła młodzieżówka z rozbudowanym światem przedstawionym i fabułą oraz wartką akcją, której czytanie sprawi nam przyjemność, lecz nie sposób uznać jej za wyszukaną lekturę dającą do myślenia.

sobota, 3 sierpnia 2019

Podsumowanie lipca


Lipiec (a zarazem połowa wakacji) dobiegł końca, zatem przedstawiam wam listę tego, co przeczytałam i obejrzałam w tym miesiącu.
Od razu zaznaczę, że nie był on dla mnie szczególnie obfity w książki, filmy i seriale - złożyły się na to przeróżne wyjazdy, spotkania, praca, remonty i wiele innych czynników.
Nie przedłużając, zaczynamy od tej lepszej części, czyli książek.

Futu.re Dmitry Glukhovsky - recenzja znajduje się na blogu, moja ocena to 8/10
Legion Brandon Sanderson - recenzję również możecie znaleźć parę postów niżej (lub w spisie), 7/10
Opowieść Podręcznej Margaret Atwood - jak wyżej, post na jej temat możecie znaleźć na blogu,  7/10
Bractwo Pierś.cienia J.R.R. Tolkien - tutaj nie zabrałam się jeszcze za recenzję, więc powiem parę słów. Książka jest wspaniała, a Śródziemie świetnie wykreowanym światem, którego historia, kultura czy mieszkańcy wzbudzają ogromną ciekawość. Parę razy miałam wrażenie, że gdzieś już coś takiego czytałam - później zdałam sobie sprawę, że trylogia Tolkiena to podstawa dla późniejszych twórców fantastyki. Na razie powiem tyle: to jest klasyk. Daję 9/10 A dlaczego? Tego dowiecie się w recenzji, która w niedalekiej przyszłości zagości pewnie nie tu, a na Lubimy Czytać. Ot, taki kaprys.
W klasztorze... Mucha nie siada Mateusz Mucha - i na jej temat już się wypowiedziałam, więc nie będę przedłużać, moja ocena to 8/10.

To wszystkie pozycje, które udało mi się przeczytać w lipcu. Czas na omówienie filmów i seriali. Właśnie... Pamiętacie, jak nazwałam książki "lepszą częścią"? Cóż, sprawa wygląda następująco: w lipcu z oglądaniem było krucho. 
Ale zacznijmy od seriali. Udało mi się skończyć trzeci sezon House of Cards oraz jestem na bieżąco z nowymi odcinkami Opowieści Podręcznej, i to w gruncie rzeczy na tyle. Realizacja TBW wakacyjnego stoi w miejscu, zaczęłam jedynie Młodego Papieża pod koniec miesiąca, jednak na razie mam za sobą jedynie dwa odcinki. Coś czuję, że jeżeli w ogóle obejrzę jakiś nowy serial w te wakacje, to będzie wielki wyczyn.

Przechodzimy do filmów, a tu również krucho... Chciałam obejrzeć całe uniwersum MCU, a skończyło się na pierwszej części Iron Mana. Chociaż nie powiem, podobał mi się, a recenzję wkrótce opublikuję, zapewne i tutaj, i na IMDb. Na razie jedynie przyznam ocenę - 7,5/10.
Zaczęłam też oglądać Siedem, lecz ze względu na późną porę i niedobór snu odpłynęłam w połowie.

Cóż, lipiec raczej nie należy do bardzo udanych miesięcy pod tym względem. O ile z książkami nie było najgorzej, o tyle seriale i filmy w moim wykonaniu to porażka. Obiecuję więc wam, że w sierpniu pojawi się więcej recenzji i lepiej wykorzystam swój wolny czas. A wy przypilnujcie, abym tej obietnicy dotrzymała!

A jak wam minął lipiec? Dużo czytaliście i oglądaliście, czy może wbrew pozorom wasze wakacje wcale nie obfitowały w wolne chwile...? Dajcie znać w komentarzach!